Po prawie 2-miesięcznej przerwie, spowodowanej wieloma sprawami zawodowymi i prywatnymi, w końcu udało mi się zasiąść wygodnie i spokojnie w fotelu i odpalić jeden z wielu zalegających na półce azjatyckich straszaków.
Na film Im Chang-jae spoglądałam łapczywie już dawno, dawno, dlatego też kiedy stwierdziłam, że czas najwyższy chwycić za jakiś ciekawy horror rodem z Azji, to od razu mój wybór padł na jego Hayanbang. Film ten miał całkiem dobre noty, a fani kina skośnookiego również całkiem pochlebnie się o nim wypowiadali. Nie torturując się już dłużej ciekawością, postanowiłam czym prędzej odpalić tenże obraz, aby się przekonać na własnej skórze, czy film jest godny uwagi i jest na czym oko zawiesić. Już na samym początku nie umknęło mojej uwadze, że koreański reżyser przy pracy nad swoim filmem czerpał całymi garściami z klasyków azjatyckiego kina grozy...O czym jednak poniżej...
