Kiedy w horrorze pojawia się nawiedzona szkoła, instynktownie zaczynamy wypatrywać ducha. Czekamy, aż coś przemknie na końcu korytarza, odbije się w szybie albo stanie za plecami bohaterki. Seria Whispering Corridors od samego początku proponowała jednak coś znacznie bardziej niepokojącego. Owszem, jej korytarze są pełne zmarłych uczennic, ale im dłużej przyglądam się tym filmom, tym mocniej mam wrażenie, że duch nigdy nie był tu najstraszniejszy.
Najstraszniejsza jest szkoła. Nie konkretny budynek i nie jedna demoniczna placówka, lecz szkoła rozumiana jako zamknięty system: przestrzeń kontroli, hierarchii, rywalizacji, dyscyplinowania ciała i emocji. Miejsce, w którym młoda dziewczyna ma być posłuszna, osiągać dobre wyniki, właściwie wyglądać, właściwie kochać, właściwie milczeć i przede wszystkim nie sprawiać problemów. Dlatego koreańskie Yeogo Goedam, znane międzynarodowo jako Whispering Corridors, nigdy nie był o dla mnie po prostu serią filmów o duchach. To sześć opowieści o tym, co dzieje się wtedy, gdy cierpienie młodych kobiet zostaje ignorowane tak długo, aż samo zaczyna przemawiać i właśnie wtedy rodzi się duch.




