W japońskim horrorze kobiecy duch bardzo rzadko jest tylko przerażającym upiorem. Zazwyczaj niesie ze sobą historię przemocy, zdrady, upokorzenia albo krzywdy, której za życia nie dało się wypowiedzieć. Dlatego długie czarne włosy, biała szata i trupia bladość nie są wyłącznie ozdobą gatunkową. To znaki kulturowe, które prowadzą dużo głębiej: do kaidan, teatru kabuki, opowieści o onryō i do postaci kobiety skrzywdzonej, która po śmierci wraca już nie jako bezbronna ofiara, lecz jako siła zdolna naruszyć porządek świata.
Shimizu przenosi jednak dawną postać yūrei do zupełnie zwyczajnej, nowoczesnej przestrzeni. W Ju-On nie ma rozpadającej się, ponurej ruiny ani złowrogiego lasu. Jest dom, schody, łazienka, szafa, futon, telefon i telewizor. Wszystko wygląda codziennie, niemal banalnie. I właśnie dlatego groza działa tak mocno. Klątwa rodzi się nie w miejscu „z natury” mrocznym, lecz tam, gdzie powinno być najbezpieczniej.




