Powoli, bo powoli, ale nadrabiam swoje zaległości filmowe. Oczywiście chodzi mi tu głównie o azjatyckie filmy grozy, których swego czasu mi przybyło i zalegają od tej pory dookoła, od czasu do czasu wsuwając mi się pod rękę. Jedna płyta po drugiej i staram się w miarę systematycznie obejrzeć coś nowego, świeżego...
Oczywiście azjatyckie horrory mają to do siebie, że zawsze mnie czymś zaskoczą, nawet kiedy fabuła zdaje się utarta i wielu nie widzi nic oryginalnego. Już sam fakt, że jest to azjatycki film, powoduje u mnie szybsze bicie serca, choć z drugiej strony wielkie zamiłowanie do ,,skośnookich'' produkcji sprawia, że poprzeczkę stawiam wysoko i nie zawsze każdy horror czy thriller jest w stanie mnie stuprocentowo zadowolić.
Kiedy natrafiłam na film Jeonga-ho Lee byłam zaintrygowana. Thriller - no jakoś tam mogę rzucić okiem - pomyślałam, ale kiedy natrafiłam na streszczenie fabuły, wiedziałam, że muszę go obejrzeć, gdyż nie będzie to ,,thriller'' jaki znamy z amerykańskich produkcji. Tu mamy do czynienia z elementem nadprzyrodzonym, bo i owszem - jest morderstwo, ale ubrane w klimatyczny ghost.
