To jeden z lepszych tajskich horrorów, jakie mogłam ostatnio obejrzeć. Żałuję, że obraz ten nie został doceniony i wciąż właściwie niewielu kinomanów o nim wie. Może nieco więcej osób z grona fanów azjatyckich horrorów. Poza tym tytuł raczej przeszedł bez echa.
Ringu Hideo Nakaty (czy może bardziej Ring Koji Suzuki) pobudził naszą wyobraźnię i wyczulił nasze zmysły na taśmy wideo i ''przeklęte filmy''. Twórcy podchwycili temat i zaczęli kręcić seriale na podstawie tej historii. The Screen at Kamchanod jest przykładem na to, że tematyka ''przeklętego filmu'' przeniknęła również do Tajlandii. Tu jednak w nieco innym wydaniu. Nie mamy tu ani odpowiednika Sadako ani taśmy wideo, która niesie śmierć, ale jest film...film, który niesie ze sobą nie mniejsze przerażenie.
