Azjatycki horror już od dawien dawna ,,karmi'' nas historiami, których podstawa tkwi w lokalnych legendach i ludowych podaniach. Zazwyczaj głównym bohaterem jest duch skrzywdzonej i zmarłej w gniewie lub w żalu kobiety, która w późniejszym czasie mści się na każdym, kto ma lub miał z nią jakąkolwiek styczność: może to być przejęcie jakiegoś przedmiotu należącego do ducha lub odwiedzenie miejsca, w którym doznał on szczególnego bólu. Podobnie ma się sprawa z najnowszym tajwańskim horrorem w reżyserii Shieh Meng-ju Mudborn, który od marca tego roku dostępny jest na platformie streamingowej Netflix.
Początkowo obawiałam się, że będę miała do czynienia z mdłym i oklepanym kinem grozy (choć Tajwan raczej mnie nie zraził swoimi horrorami jak do tej pory), ale wiecie co? Na szczęście się myliłam, gdyż film Meng-ju okazał się prawdziwą niespodzianką. To solidny i przede wszystkim efektowny horror, łączący w sobie niepokojące tradycje ludowe z cyfrowymi koszmarami.
