No, no...muszę przyznać, że film robi wrażenie jako horror. Haunted Changi w rodzinnym Singapurze wywołał podobne reakcje, jak kilka lat wcześniej osławiony Blair Witch Project w USA i wcale się nie dziwię, bo wystarczy nakręcić skuteczną kampanię reklamową, że oto mamy do czynienia z faktem, a niejeden da się nabrać. Dlaczego? Wszystko tkwi w ukazaniu całej historii, a uwierzcie, że ukazane jest całkiem okazale.
Film przyciągnął mnie do siebie z trzech powodów. Pierwszym z nich jest sam fakt, że oto w moje ręce wpadł stosunkowo nowy azjatycki horror, a do tego wprost z Singapuru, co nie zdarza się często. Drugim ważnym czynnikiem była kwestia tematyki filmu, czyli nawiedzony budynek. To z reguły przyciąga każdego. No i trzecim czynnikiem był fakt, że bohaterowie podjęli się eksploracji opuszczonego dawnego szpitala. Tematyka eksploracji opuszczonych miejsc nie jest mi obca, gdyż hobbystycznie sama w wolnych chwilach chwytam za aparat i podróżuję w poszukiwaniu takich właśnie opuszczonych i zrujnowanych budynków, choć niekoniecznie nawiedzonych...
