środa, 27 maja 2026

Peninsula (aka Zombie express 2: Półwysep); Korea Południowa

     Kiedy w 2016 roku ukazał się Zombie express (aka Train to Busan - te tytuły będę wymieniać naprzemiennie) w reżyserii Sang ho-Yeona, miałam początkowo mieszane uczucia. Przyznaję, że nie jestem zbyt wielką fanką filmów o zombie i jedynie amerykańskie klasyki, takie jak filmy Romero wzbudzają mój wielki zachwyt. Cała reszta współczesnego kina zombistycznego zbyt mocno dla mnie ewoluowała, stając się już nie tyle historiami o voodoo (z którymi bez wątpienia miała bardzo wiele wspólnego), ale przede wszystkim filmami pełnymi akcji i apokaliptycznych wizji.
Nie ma jednak co ukrywać, że filmy o zombie niosą ze sobą głębsze przesłanie i często nie służą tylko straszeniu, ale są komentarzem społecznym, pokazującym rozpad więzi międzyludzkich i próbę przetrwania w ekstremalnych warunkach. Wspomniany przez mnie film ho-Yeona również wykorzystuje konwencję zombie, aby zdiagnozować kondycję współczesnej Korei Południowej. Powstały cztery lata później horror akcji Peninsula, stanowi jego kontynuację, choć przesuwa akcenty z klaustrofobicznego thrillera na postapokaliptyczne kino akcji. Czy wyszło równie efektownie? O tym poniżej.

Cztery lata po inwazji zombie na Koreę Południową żołnierz Jung-seok niechętnie wraca na półwysep poddany kwarantannie, aby zabezpieczyć ładunek ciężarówki pośrodku zalanego przez nieumarłych Seulu. Jednak oprócz okrutnych hord zombie na drodze staje mu tajemnicza milicja. Ucieczka z miasta zmieniła się w wyścig życia i śmierci.
Peninsula to jeden z tych sequeli, które od pierwszych minut sprawiają wrażenie, jakby chciały uciec od własnego dziedzictwa. Po gigantycznym sukcesie Train to Busan reżyser Yeon Sang-ho stanął przed problemem, z którym mierzy się niemal każdy twórca kultowego horroru: jak rozwinąć historię, która była tak mocno związana z konkretną przestrzenią, emocją i napięciem? Odpowiedź okazała się zaskakująca - zamiast ponownie zamknąć bohaterów w klaustrofobicznym koszmarze walki o przetrwanie, Yeon postanowił otworzyć świat przedstawiony i zamienić dramat survivalowy w postapokaliptyczne widowisko akcji. Efekt jest jednocześnie fascynujący i rozczarowujący.

Początek filmu sugeruje coś znacznie ciekawszego, niż ostatecznie dostajemy. Jung-seok, człowiek będący cieniem samego siebie, otrzymuje propozycję powrotu na skażony Półwysep Koreański po ciężarówkę wypełnioną pieniędzmi. Przez krótką chwilę Peninsula wygląda jak skrzyżowanie The Wages of Fear Henri-Georges'a Clouzot'a (1953) z kinem zombie. Sam pomysł ma ogromny potencjał: grupa ludzi musi przejechać przez piekło pełne żywych trupów, balansując między chciwością, strachem i paranoją. To właśnie w tych pierwszych fragmentach film buduje napięcie najlepiej. Misja odzyskania 20 milionów dolarów zza linii wroga brzmi jak fundament pod brutalny, brudny thriller, w którym każdy kilometr może oznaczać śmierć.
Niestety, bardzo szybko okazuje się, że Yeon Sang-ho interesuje zupełnie inny film. Zamiast konsekwentnie rozwijać survivalowy koncept, Peninsula skręca w stronę estetyki rodem z Mad Max: Fury Road (2015) George'a Millera. Korea po apokalipsie zombie przypomina już nie opuszczone ruiny społeczeństwa, ale pełnoprawny postapokaliptyczny świat z własnymi gangami, arenami walk i quasi-militarnymi strukturami. W pewnym momencie film niemal przestaje być horrorem. Zombie stają się bardziej elementem dekoracji niż realnym źródłem grozy.

To właśnie tutaj widać największy problem sequela: film nie rozumie, dlaczego pierwsza część działała tak dobrze. Train to Busan nie był wyłącznie dynamicznym horrorem o zombie. Jego siłą byli ludzie. Relacja ojca i córki nadawała historii emocjonalny ciężar, a kolejne poświęcenia naprawdę bolały. Śmierć miała znaczenie, ponieważ widz zdążył pokochać bohaterów. W kontynuacji emocjonalna warstwa jest dużo bardziej powierzchowna. Jung-seok, grany przez Gang Dong-won, ma w sobie odpowiednią dawkę melancholii i wypalenia, ale scenariusz nie daje mu wystarczająco dużo miejsca, by stał się kimś więcej niż archetypem zgorzkniałego ocalałego. Zmaga się z traumą po porzuceniu rodziny na początku apokalipsy. Jego powrót na półwysep staje się szansą na odkupienie win poprzez ratowanie nowo spotkanych ocalałych.
Problem dotyczy praktycznie wszystkich postaci. Bohaterowie pojawiają się, wygłaszają kilka kwestii, uczestniczą w kolejnych pościgach i znikają. Nawet dramatyczne momenty wydają się mechaniczne, jakby film odhaczał obowiązkowe punkty scenariusza zamiast budować autentyczne emocje. Tam, gdzie Train to Busan potrafiło wzruszyć, Peninsula najczęściej pozostawia obojętnym.
Jednocześnie trudno odmówić filmowi widowiskowości. Yeon Sang-ho nadal znakomicie rozumie dynamikę chaosu. Najlepsze sceny filmu to te, w których reżyser wraca do swojej wizualnej obsesji związanej z masą zombie. Hordy żywych trupów spadające z mostów, wyłaniające się z ciemności tuneli czy wpadające przez okna samochodów mają w sobie energię przypominającą najbardziej intensywne momenty pierwszego filmu. W takich chwilach Peninsula naprawdę żyje. Reżyser potrafi stworzyć wrażenie niekontrolowanego ruchu i paniki, dzięki czemu nawet najbardziej absurdalne sceny zachowują pewną kinetyczną siłę. Szkoda tylko, że coraz częściej ta energia przypomina kino akcji bardziej niż horror. Długie sekwencje samochodowych pościgów, efektowne drifty i przesadzone sceny z CGI sprawiają momentami wrażenie, jakby ta część próbowała naśladować serię Szybcy i wściekli (2001- 2023) zamiast rozwijać atmosferę grozy znaną z koreańskiego kina zombie. Środkowa część filmu niemal całkowicie porzuca horrorową tożsamość. Zombie przestają być metaforą społecznego rozpadu czy źródłem klaustrofobicznego napięcia, a stają się przeszkodą na torze wyścigowym.

To, co jednak może najbardziej frustrować, to fakt, że w tym filmie naprawdę widać przebłyski znacznie lepszej produkcji. Motyw ludzi, którzy nauczyli się żyć po końcu świata, mógł zostać wykorzystany do stworzenia brutalnej analizy moralnej degeneracji społeczeństwa. Niektóre sceny sugerują nawet komentarz dotyczący rozrywki opartej na przemocy czy militaryzacji codzienności. Film jednak zbyt rzadko zatrzymuje się przy tych pomysłach. Zamiast tego pędzi od jednej sceny akcji do drugiej.
Mimo tych wszystkich problemów, nie możemy nazwać tego obrazu filmem całkowicie nieudanym. To bardziej przykład sequela, który desperacko chce być czymś innym niż poprzednik. W czasach, gdy wiele kontynuacji jest jedynie kalką oryginału, Yeon Sang-ho przynajmniej podjął ryzyko. Nie zrobił prostego powtórzenia schematu „więcej zombie w innym pojeździe”. Problem polega na tym, że w trakcie tej transformacji zgubił emocjonalne serce serii.

Ostatecznie Peninsula przypomina bardziej efektowny postapokaliptyczny blockbuster niż prawdziwego następcę Train to Busan. To film pełen hałasu, pościgów i eksplozji, ale pozbawiony tego ludzkiego wymiaru, który uczynił pierwszą część tak pamiętną. W pamięci pozostaną pojedyncze obrazy - fale zombie w tunelu, księżycowe sceny ataków czy rozpędzone samochody przecinające noc,  ale trudno będzie przypomnieć sobie bohaterów lub emocje, które powinny stać za tym widowiskiem.

I może właśnie to jest największą wadą tego sequela. Nie to, że jest zły, ale że momentami pokazuje, jak dobry mógł być.

MOJA OCENA:
👹👹👹👹👹👹 6/10

Reżyseria:
Yeon Sang-ho

Scenariusz:
Yeon Sang-ho
Ryu Yong-jae

Rok produkcji:
2020

Obsada:
Gang Dong-won
Lee Jung-hyun
Lee Re
Kwon Hae-hyo
Kim Min-jae
Koo Kyo-hwan
Kim Do-yoon
Lee Ye-won
Jang So-yeon
Moon Woo-jin
Park Se-joon
Kim Tae-joon