piątek, 12 czerwca 2026

Pulau Hantu (aka Ghost Island/Wyspa potępionych); Indonezja

    Indonezyjski horror Pulau Hantu w reżyserii Ferry Pei Irawan to jeden z tych remake’ów, które już na starcie muszą zmierzyć się z ciężarem własnej historii. Oryginalne Pulau Hantu z 2007 roku zapisało się w świadomości widzów nie jako szczególnie udany horror, lecz jako część popularnej w Indonezji fali „seksownych horrorów”, w których groza była jedynie pretekstem do eksponowania ciał młodych aktorek. Film odniósł komercyjny sukces, przyciągając setki tysięcy widzów i doczekując się kolejnych odsłon, ale jego popularność opierała się raczej na taniej eksploatacji niż jakości. Tym ciekawsze jest więc to, że po siedemnastu latach twórcy zdecydowali się wrócić do tego tytułu i spróbować nadać mu zupełnie nową tożsamość. To przykład współczesnego kina grozy, które próbuje zerwać z łatką taniej eksploatacji i nadać znanej marce zupełnie nowy charakter.
Reżyser Ferry Pei Irawan odchodzi od kampowej estetyki oryginału, stawiając na mroczniejszy klimat, survivalowy charakter opowieści i bardziej emocjonalną historię. Dzięki dusznej atmosferze, niepokojącym zdjęciom oraz silniejszemu akcentowi psychologicznemu, Pulau Hantu staje się czymś więcej niż kolejnym horrorem o nawiedzonej wyspie - to opowieść o stracie, samotności i demonach, które potrafią być groźniejsze od samych duchów.

Dara, wraz z przyjaciółmi (Pandu, Niki, Lathi i Noah), świętuje zakończenie szkoły na statku, ignorując zakaz matki. Statek osiada na mieliźnie na nieznanej wyspie, która okazuje się miejscem pełnym śmiertelnych zagrożeń i mistycznej atmosfery.

Nowa wersja Pulau Hantu bardzo wyraźnie chce odciąć się od dawnego wizerunku serii. Ferry Pei Irawan już od pierwszych scen pokazuje, że nie interesuje go kopiowanie estetyki oryginału. Seksualizacja bohaterów została ograniczona do minimum, a zamiast lekkiej, eksploatacyjnej rozrywki dostajemy próbę stworzenia pełnoprawnego horroru o traumie, przemocy i szaleństwie. Sam punkt wyjścia pozostaje jednak klasyczny: grupa młodych ludzi trafia na tajemniczą wyspę po katastrofie łodzi. Dara, Noah, Lathi, Niki i Pandu próbują znaleźć drogę ucieczki z miejsca, którego nie pokazuje GPS, a szybko okazuje się, że wyspa skrywa mroczną historię dawnego szpitala psychiatrycznego.
To właśnie ten motyw stanowi największą zmianę względem filmu z 2007 roku. Scenariusz autorstwa Erwanto Alphadullaha próbuje nadać wydarzeniom emocjonalny ciężar poprzez historię Mali – kobiety od dzieciństwa maltretowanej przez ojca, która staje się legendarnym „hantu mangap”, upiorną zjawą mordującą kolejnych bohaterów. Dzięki retrospekcjom film stara się budować atmosferę tragedii i pokazać, że źródłem horroru jest ludzka przemoc oraz trauma. W teorii brzmi to bardzo dobrze, bo remake nie tylko odświeża fabułę, ale również próbuje nadać duchowi psychologiczną głębię.

Problem polega na tym, że ambicje filmu bardzo szybko zaczynają rozmijać się z wykonaniem. Początkowo Pulau Hantu sprawia wrażenie produkcji, która chce wyjść ponad standardy przeciętnego indonezyjskiego horroru klasy B. Kamera często celebruje opuszczone przestrzenie wyspy, ruiny szpitala i wilgotną, tropikalną atmosferę izolacji. W kilku momentach można wręcz odnieść wrażenie, że film próbuje czerpać inspirację z azjatyckiego horroru psychologicznego, gdzie groza rodzi się z miejsca i emocji, a nie wyłącznie z jump scare’ów.

Niestety ta obietnica szybko się rozpada. Narracja okazuje się zaskakująco płaska i pozbawiona napięcia. Bohaterowie przez większość czasu po prostu przemieszczają się po wyspie, a film nie potrafi stworzyć poczucia realnego zagrożenia ani tajemnicy. Postacie są bardzo słabo zarysowane - trudno naprawdę przejąć się ich losem, ponieważ scenariusz nie daje im wystarczająco dużo osobowości. Nawet konflikty między nimi wydają się mechaniczne, jakby istniały jedynie po to, by wypełnić czas pomiędzy kolejnymi atakami ducha.
Największym problemem okazuje się jednak sam horror. „Hantu mangap” nigdy nie był szczególnie kreatywnym antagonistą i remake tego nie zmienia. Duch po prostu eliminuje bohaterów jednego po drugim, co sprawia, że film coraz bardziej przypomina slasher. I właśnie tutaj Pulau Hantu wpada w pułapkę własnej tożsamości. Produkcja próbuje jednocześnie być historią o traumatycznym duchu i brutalnym slasherem, ale nie potrafi połączyć obu tych elementów w spójną całość. Zamiast interesującej mieszanki dostajemy dziwny kompromis, który momentami ociera się o absurd.

Kulminacja filmu jest tego najlepszym przykładem. Scenariusz desperacko próbuje połączyć logikę kina nadprzyrodzonego z zasadami kina slasherowego, przez co niektóre decyzje bohaterów wydają się wręcz komiczne. W pewnym momencie twórcy próbują potraktować ducha niemal jak fizycznego mordercę, co prowadzi do scen tak niedorzecznych, że trudno brać finał na poważnie. Film sprawia wrażenie, jakby sam nie wiedział, czy jego antagonista jest metafizycznym bytem, czy przeciwnikiem, którego można pokonać metodami rodem z kina akcji.
Szkoda, bo aktorsko film potrafi działać naprawdę dobrze. Szczególnie wyróżnia się Taskya Namya jako Dara. Aktorka świetnie oddaje narastający strach i poczucie desperacji, a jej fizyczne zaangażowanie sprawia, że widz wierzy w autentyczność terroru. To właśnie dzięki niej kilka scen działa emocjonalnie mocniej, niż wynikałoby to z samego scenariusza. Taskya Namya po raz kolejny pokazuje, że jest jedną z najciekawszych współczesnych aktorek indonezyjskiego kina grozy.

Równie rozczarowujące są sceny śmierci. Jeśli film rzeczywiście chciał przesunąć serię w stronę slashera, powinien zaoferować bardziej kreatywne i brutalne sekwencje mordów. Tymczasem większość zabójstw jest zaskakująco zachowawcza. Jedynym naprawdę mocnym momentem pozostaje scena z butlą gazową w trzecim akcie - brutalna, chaotyczna i wreszcie wywołująca poczucie zagrożenia. Poza tym Ferry Pei Irawan wydaje się niezwykle ostrożny w pokazywaniu przemocy. Można odnieść wrażenie, że reżyser bardzo chce nadać filmowi „elegancki” charakter, unikając przesadnego gore i zbyt dosłownego pokazywania ducha.

To interesujące podejście, ale chyba nie do końca pasujące do materiału wyjściowego. Pulau Hantu aż prosi się o bardziej szaloną i bezwstydnie „trashową” stylistykę. Tymczasem remake jest dziwnie powściągliwy: jakby wstydził się własnych korzeni. W efekcie film traci zarówno dziką energię kina eksploatacji, jak i atmosferę prawdziwego horroru psychologicznego. Zostaje zawieszony gdzieś pomiędzy tymi światami.

Mimo wszystko trudno uznać ten remake za całkowitą porażkę. Sam fakt, że twórcy postanowili zreinterpretować serię kojarzoną głównie z tanią erotyką i spróbować nadać jej bardziej współczesny charakter, zasługuje na uznanie. Pulau Hantu pokazuje, że indonezyjskie kino grozy coraz częściej chce odchodzić od dawnych schematów i szukać własnej tożsamości pomiędzy horrorem komercyjnym a ambitniejszym kinem gatunkowym. Problem w tym, że sama ambicja nie wystarczy. Film Ferry’ego Pei Irawana ma ciekawy punkt wyjścia i kilka dobrych pomysłów, ale ostatecznie przegrywa z nijakim scenariuszem, brakiem napięcia i nieumiejętnością zdecydowania, czym właściwie chce być.

To remake, który niewątpliwie ma więcej sensu niż wiele współczesnych odświeżeń klasyków, ale jednocześnie pozostawia ogromne poczucie niewykorzystanego potencjału.

MOJA OCENA:
👹👹👹👹👹👹 6/10

Reżyseria:
Ferry Pei Irawan

Scenariusz:
Erwanto Alphadullah

Rok produkcji:
2024

Obsada:
Taskya Namya
Bukie B. Mansyur
Hannah Hannon
Cindy Nirmala
Samo Rafael

Verdi Solaim
Amanda Green
Izabel Jahja
Patty Sandya
Azkya Mahira

Fahmi Agelan
Pipien Putri