Już w przypadku poprzedniej odsłony, obserwowaliśmy oznaki spadku jakości, ale jak widać spłynęło to po Godfrey'u Ho, jak po gumowej kaczce i nie musieliśmy długo czekać, aż dostaliśmy sequel zatytułowany MBtS: Narrow Escape, w którym Ho wyrzucił niemal wszystko, co sprawdziło się w poprzednich częściach, a zamiast tego otrzymaliśmy prosty film, doprawiony głupią, banalną fabułą i drobnymi morderstwami. Ale czego można oczekiwać od filmu, który zaczyna się od piosenki przewodniej Supermana w pierwszych 30 sekundach?
Ostatnie dni działalności japońskiej Jednostki 731 w Mandżurii pod koniec II wojny światowej. Dowództwo nakazuje zniszczenie obozu i wszystkich dowodów zbrodni. Podczas ewakuacji jeden z żołnierzy zostaje zarażony śmiertelnym wirusem wyhodowanym w laboratorium i wsiada do pociągu jadącego do Japonii, stając się biologiczną "tykającą bombą".Okej, nie zamierzać owijać w bawełnę i przyznam bez ogródek, że ta część jest jeszcze bardziej toporna, niż druga. Właściwie próżno tu szukać jakiegokolwiek drastycznego horroru, jak to miało miejsce w przypadku pierwszego Men Behind the Sun (1988). Tu raczej mamy do czynienia z dramatem wojennym i nie bez powodu krytycy czepiają się, że nie ma tu krzty oryginalności, a sama fabuła nadmiernie wykorzystuje sceny gore z poprzednich części. Oprócz tego mamy tu wiele scen retrospekcji, które również wpływają na brak świeżości i w gruncie rzeczy otrzymujemy tzw. ,,odgrzewany kotlet''.
Tu nie ma już najmniejszego śladu po surowej brutalności typowej dla dwóch pierwszych części, a twórcy nie zawracali sobie głowy nawet wymyślaniem okrutnych morderstw, skoro kontynuują serię MBtS. Mamy jednak mnóstwo powtarzających się elementów, i to nie tylko w dobrym tego słowa znaczeniu: choć pod tytułem głównym nadal widzimy sceny z II wojny światowej, 93-minutowy czas trwania filmu nie wnosi wiele nowego. Poza kilkoma dodatkowymi informacjami, widzimy bardzo niewiele morderstw, a nawet te są jedynie skopiowane, przedstawione bez cienia brutalności i oglądając je, odnosimy wrażenie, że już wszystko to widzieliśmy wcześniej. Nie ma „nowych” elementów, takich jak masowe mordy, pochówki, dźgnięcia w brzuch i tym podobne, jeśli widzimy je tylko przez chwilę, z powodu beznadziejnej pracy kamery. Z drugiej strony piękne krajobrazy, ujęcia lotnicze i zróżnicowane lokalizacje wyraźnie pokazują, że zespołowi udało się nakręcić film przy większym budżecie niż w poprzednich częściach. Cieszące oko widoki nie ratują jednak filmu, od którego oczekujemy poziomu zbliżonego do oryginału, brutalnego, szokującego, ze scenami, które zapadną nam w pamięć na długi długi czas. Nic z tych rzeczy. MBtS 3 nie dorównał oczekiwanemu poziomowi. Nie ratują też filmu ukazane sceny walki (tak charakterystyczne dla Ho), gdyż i te były już obecne w drugiej części, więc nie widzę sensu, aby miały się i tu pojawiać, bo i po co? No, ale stało się inaczej i sceny walk są i owszem i to nawet w większej ilości, niż w swojej poprzedniej części. Jednak, jak można było się spodziewać, sceny te są tak głupie i pozbawione logicznego sensu, że stają się po prostu wręcz śmieszne.
MOJA OCENA:
👹👹👹👹 4/10
Reżyseria:
Godfrey Ho
Scenariusz:
Sai Yin Fong
Rok produkcji:
1994
Obsada:
Te-Lo Mai
Andrew Yu
Gong Zhu




