Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HONGKONG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HONGKONG. Pokaż wszystkie posty
sobota, 2 maja 2026
Hei tai yang: Nan Jing da tu sha (aka Black Sun: The Nanking Massacre/Oddział 731 - Masakra w Nankinie); Hongkong
Wojna. Choć prawdziwe okrucieństwa wojny mogą nigdy nie zostać w pełni zrozumiane przez tych, którzy nigdy nie byli na linii frontu, wiele artystycznych środków wyrazu w muzyce, telewizji i filmie dołożyło wszelkich starań, aby jak najwierniej przedstawić piekło, jakim jest wojna dla ludności cywilnej. Każdy reżyser, chcący ukazać w swoim filmie okropieństwa działań wojennych, robi to na swój własny sposób. Także swój własny sposób na pokazanie brutalności i nieludzkiego traktowania ludności cywilnej w trakcie trwających działań wojennych ma chiński reżyser Tun Fei Mou, o czym mogliśmy się przekonać oglądając jego pierwszą część MBtS z 1988 roku. Nie inaczej ma się rzecz w przypadku czwartej części kontrowersyjnej serii, która - mimo iż nosi tytuł Black Sun - niekiedy określa się również mianem Man Behind the Sun 4. Decyzja o odtworzeniu okrucieństw popełnionych przez japońskich żołnierzy na narodzie chińskim podczas II wojny światowej w hardcorowym filmie splatter jest osobliwa, ale dziwnie satysfakcjonująca.
piątek, 24 kwietnia 2026
Hei tai yang 731 si wang lie che (aka Men Behind the Sun 3: A Narrow Escape/Maruta 3: Destroy All Evidence/Men Behind the Sun 3: Ucieczka w ostatniej chwili); Hongkong
W dzisiejszych czasach, gdy jakość serii spada, twórcy natychmiast szukają nowego reżysera, aby odbudować jej reputację. Jednak w przypadku serii Men Behind the Sun reżyser poprzedniej części pozostał ten sam, więc od razu można było założyć, że powiewem świeżości pachnieć tu nie będzie. Tak niestety się stało.
Już w przypadku poprzedniej odsłony, obserwowaliśmy oznaki spadku jakości, ale jak widać spłynęło to po Godfrey'u Ho, jak po gumowej kaczce i nie musieliśmy długo czekać, aż dostaliśmy sequel zatytułowany MBtS: Narrow Escape, w którym Ho wyrzucił niemal wszystko, co sprawdziło się w poprzednich częściach, a zamiast tego otrzymaliśmy prosty film, doprawiony głupią, banalną fabułą i drobnymi morderstwami. Ale czego można oczekiwać od filmu, który zaczyna się od piosenki przewodniej Supermana w pierwszych 30 sekundach?
Już w przypadku poprzedniej odsłony, obserwowaliśmy oznaki spadku jakości, ale jak widać spłynęło to po Godfrey'u Ho, jak po gumowej kaczce i nie musieliśmy długo czekać, aż dostaliśmy sequel zatytułowany MBtS: Narrow Escape, w którym Ho wyrzucił niemal wszystko, co sprawdziło się w poprzednich częściach, a zamiast tego otrzymaliśmy prosty film, doprawiony głupią, banalną fabułą i drobnymi morderstwami. Ale czego można oczekiwać od filmu, który zaczyna się od piosenki przewodniej Supermana w pierwszych 30 sekundach?
sobota, 18 kwietnia 2026
Hei tai yang 731 xu ji zhi sha ren gong chang (aka Maruta 2: Laboratory of the Devil/Jednostka 731 - Laboratorium diabła); Hongkong
Cztery lata po niezwykle kontrowersyjnym debiucie (recenzja tutaj) nadszedł czas na kontynuację jednego z najbrutalniejszych chińskich horrorów wszech czasów. Z nowym reżyserem, ale osadzoną w tym samym miejscu i ze znanymi twarzami, jest to swego rodzaju uzupełnienie prequeli, opowiadające historię codziennego życia w Obozie 731 z nowej perspektywy i z większą brutalnością.
Stworzone w 1992 roku dzieło hongkońskiego reżysera Godfrey’a Ho, pokazuje jeden z najmroczniejszych i najbardziej przerażających faktów z historii Japonii. To wszystko działo się stosunkowo niedawno…
Osią fabuły opartej na faktach jest „Wielkie Japońskie Imperium”, które zorganizowało w 1935 roku tajny obóz nr 731, w którym odbywały się eksperymenty na ludziach – głównie Chińczykach, Rosjanach, Białorusinach, Koreańczykach, a także Mongołach. Całością kierował Shiro Ishii – japoński „lekarz”, zbrodniarz wojenny (odpowiednik „doktora” Mengele).
Stworzone w 1992 roku dzieło hongkońskiego reżysera Godfrey’a Ho, pokazuje jeden z najmroczniejszych i najbardziej przerażających faktów z historii Japonii. To wszystko działo się stosunkowo niedawno…
Osią fabuły opartej na faktach jest „Wielkie Japońskie Imperium”, które zorganizowało w 1935 roku tajny obóz nr 731, w którym odbywały się eksperymenty na ludziach – głównie Chińczykach, Rosjanach, Białorusinach, Koreańczykach, a także Mongołach. Całością kierował Shiro Ishii – japoński „lekarz”, zbrodniarz wojenny (odpowiednik „doktora” Mengele).
piątek, 9 stycznia 2026
Mo Tai (aka Devil Fetus/Diabelski płód); Hongkong
Wczesny i dość szokujący horror kategorii III w reżyserii Lau Hung-Chuena, otworzył wrota w hongkońskim przemyśle filmowym. Cała masa filmowców zaczęła tworzyć filmy, zgłębiając świat eksploatacji, który już wówczas prężnie działał w Ameryce czy Europie. Oczywiście były wcześniejsze próby nakręcenia filmów grozy traktujących o czarnej magii, jak chociażby filmy braci Shaw w latach 70-tych i początkowych 80-tych. Jednak prawdziwy ,,boom'' na tego rodzaju produkcje nastąpił w latach 90-tych XX wieku. Nie zmienia to jednak faktu, że o dziwo, ten film okazał się z czasem mniej znanym, niż inne późniejsze horrory kategorii III. Mimo wszystko jednak jest to nadal film, który ma pewien stopień rozgłosu, częściowo z powodu trudności nawet dla oddanych miłośników obrzydliwości. Film oznaczał debiut reżyserski Lau Hung-Chuena, który był znany głównie jako operator przy takich filmach, jak chociażby Xian si jue (pol. ,,Śmiertelny pojedynek'') Siu-Tung Cinga z 1982 roku.
wtorek, 23 lipca 2019
Wu gong zhou (aka Centipede Horror); Hongkong
Każdy, kto śledzi mojego bloga i w miarę systematycznie czyta recenzje głównie z działu filmowego wie, że dość dużym sentymentem darzę hongkondzkie kino grozy z lat 80tych. Zresztą tyczy się to nie tylko horrorów z Kraju Pachnącego Portu, ale również zachodnich produkcji. Uwielbiam takie filmy, jak Evil Dead (1981 r.), Evil Dead 2 (1987 r.) czy też Braindead (1992 r.). Jest to też cała masa włoskich produkcji kultowych twórców grozy: Lucio Fulci, Dario Argento czy Mario Bavy.
Nie trudno się też właśnie dziwić, że i azjatyckie produkcje grozy z tego właśnie okresu zdobyły moje uznanie. Film w reżyserii Keitha Li z 1982 roku również do nich należy, choć prawdą jest, że natrafiłam na niego zupełnym przypadkiem i nigdy wcześniej (choć wstyd się przyznać), tytuł ten nie był mi znany. Na szczęście nic nie straciłam i jak tylko udało mi się film znaleźć, to długo się nie torturując, zasiadłam do seansu wygodnie w fotelu i popijając ciepłą...herbatkę (tak, tak właśnie herbatkę). Jedno dobre - że nic nie jadłam...
Nie trudno się też właśnie dziwić, że i azjatyckie produkcje grozy z tego właśnie okresu zdobyły moje uznanie. Film w reżyserii Keitha Li z 1982 roku również do nich należy, choć prawdą jest, że natrafiłam na niego zupełnym przypadkiem i nigdy wcześniej (choć wstyd się przyznać), tytuł ten nie był mi znany. Na szczęście nic nie straciłam i jak tylko udało mi się film znaleźć, to długo się nie torturując, zasiadłam do seansu wygodnie w fotelu i popijając ciepłą...herbatkę (tak, tak właśnie herbatkę). Jedno dobre - że nic nie jadłam...
wtorek, 26 lutego 2019
Sien nui yau wan (aka A Chinese Ghost Story/Chińskie duchy); Hongkong
Kino z Hongkongu - nie tylko grozy, ale także akcji, pamiętam od najmłodszych lat, kiedy to wraz z kuzynostwem oglądaliśmy z wypiekami na twarzy jeszcze w rewelacyjnych czasach królujących przez wiele lat VHS'ów. Do dziś z uśmiechem na twarzy wspominam jak później, nafaszerowani obrazami ekscytujących scen walki, sami popisywaliśmy się swoimi umiejętnościami, co dobrze nie wychodziło, gdyż zazwyczaj kończyło się albo płaczem jednego z nas albo co najmniej zerwaną zasłoną lub potłuczonym talerzem tudzież kubkiem. :)
Kiedy sięgnęłam za A Chinese Ghost Story, od razu wiedziałam, że zabawa będzie nie gorsza od tej, w jakiej uczestniczyłam jakieś 30 lat temu. Obraz i cały charakter tego filmu przywołał wspomnienia i sentyment, jakim darzyłam filmy w Hongkongu jeszcze w czasach swojej wczesnej młodości.
Przepełniony najdrobniejszymi szczegółami, dopracowany w każdym calu po prostu sprawia, że nie można przejść obok niego obojętnie.
Kiedy sięgnęłam za A Chinese Ghost Story, od razu wiedziałam, że zabawa będzie nie gorsza od tej, w jakiej uczestniczyłam jakieś 30 lat temu. Obraz i cały charakter tego filmu przywołał wspomnienia i sentyment, jakim darzyłam filmy w Hongkongu jeszcze w czasach swojej wczesnej młodości.
Przepełniony najdrobniejszymi szczegółami, dopracowany w każdym calu po prostu sprawia, że nie można przejść obok niego obojętnie.
czwartek, 22 listopada 2018
Hui zhuan shou shi (aka Midnight Zone); Hongkong
I takie kino lubię! Lekkie, przyjemne i ciekawe ghost story z odrobiną humoru.
Zdaje się, że reżyser - Wilson Yip wykorzystał do stworzenia filmu konwencje połączenia makabry z humorem, zaczerpniętą chociażby z rewelacyjnych Opowieści z krypty.
Chwilami powiewa nieco kiczem i tandetą, ale przecież czasami trzeba się ''odchamić'' i sięgnąć za film z nieco niższej (w tym wypadku wcale nie oznacza to, że gorszej) półki, bo ileż to można faszerować się mściwą zjawą kobiety. Czasami odrobina absurdu nie zaszkodzi.
Zdaje się, że reżyser - Wilson Yip wykorzystał do stworzenia filmu konwencje połączenia makabry z humorem, zaczerpniętą chociażby z rewelacyjnych Opowieści z krypty.
Chwilami powiewa nieco kiczem i tandetą, ale przecież czasami trzeba się ''odchamić'' i sięgnąć za film z nieco niższej (w tym wypadku wcale nie oznacza to, że gorszej) półki, bo ileż to można faszerować się mściwą zjawą kobiety. Czasami odrobina absurdu nie zaszkodzi.
wtorek, 6 listopada 2018
Yi boh laai beng duk (aka Ebola Syndrome/Syndrom Eboli); Hongkong
''Gorączka krwotoczna Ebola - choroba zakaźna o wysokiej śmiertelności zaliczana do wirusowych gorączek krwotocznych. Większość przypadków kończy się śmiercią z wykrwawienia. Pierwsze objawy gorączki krwotocznej przypominają objawy grypy - wysoka temperatura, bóle mięśni, biegunka. W miarę postępu chory zaczyna wymiotować, odczuwać bóle brzucha, klatki piersiowej oraz głowy, pojawia się wysypka. W szczytowej fazie choroby może dojść do obfitych krwawień z jam ciała oraz krwotoków wewnętrznych. Niejednokrotnie chory może nawet w tym czasie tracić przytomność i kontakt z otoczeniem a nawet doznawać zaburzeń psychicznych.'' *
Fani gore powinni być zachwyceni. Jeżeli podobał Ci się The Untold Story lub Dr. Lamb to jest to film właśnie dla Ciebie.
Wprawdzie nie jest to tradycyjny horror, ale raczej coś w rodzaju makabrycznego thrillera, przesiąkniętego mnóstwem krwi, dość niesmacznymi scenami, gdzie wnętrzności pokazywane są w całej okazałości... Bez wątpienia nie jest to film dla każdego widza, raczej dla kogoś, kto na swój sposób jest dojrzały, aby przebrnąć przez tą makabrę rodem z Hongkongu.
Fani gore powinni być zachwyceni. Jeżeli podobał Ci się The Untold Story lub Dr. Lamb to jest to film właśnie dla Ciebie.
Wprawdzie nie jest to tradycyjny horror, ale raczej coś w rodzaju makabrycznego thrillera, przesiąkniętego mnóstwem krwi, dość niesmacznymi scenami, gdzie wnętrzności pokazywane są w całej okazałości... Bez wątpienia nie jest to film dla każdego widza, raczej dla kogoś, kto na swój sposób jest dojrzały, aby przebrnąć przez tą makabrę rodem z Hongkongu.
piątek, 2 listopada 2018
Zhong gui (aka Seeding of a Ghost); Hongkong
Zawsze mnie ciekawiło, dlaczego kino grozy z Hong Kongu tak bardzo wiąże się z kinem akcji? Dlaczego nie można zrobić naprawdę dobrego horroru z prawdziwego zdarzenia, tylko mieszać wiele gatunków, z których tak naprawdę wychodzi tylko mało udany miszmasz, na którym oka zawiesić nie można. Ok, niby to zawsze jakieś urozmaicenie, ale skoro jest to horror, a przynajmniej tak się dany film podpisuje, to po jaką cholerę wpychać w niego kilka dość niezłych zresztą scen mordobicia? W gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo na czym skupić uwagę: na grozie, której swoją drogą nijak szukać, czy też na popisowych wygibasach aktorów.
Chin gei bin (aka The Twins Effect/Vampire Effect); Hongkong
Kto powiedział, że w Hongkongu nie może powstać dobry horror? Heh, do tej pory tak właśnie myślałam, ale po seansie Twins Effect doszłam do wniosku, że warto było jednak poczekać te kilka lat, aż faktycznie trafi się dobre kino, naprawdę godne uwagi. Ok, skłamałabym, gdybym stwierdziła, że ta produkcja jest typowym straszakiem. Tak nie jest...ale o tym za chwilę...
Child's Eye (aka Children's Eye/Child's Eye in 3D); Hongkong
The Child's Eye jest najnowszym filmem osławionych w azjatyckim światku grozy braci Pang, którzy w swoim dorobku mają m.in. serię horrorów The Eye (The Eye; 2002 oraz The Eye 2; 2004). Pierwsza część z roku 2002 okazała się totalnym fenomenem i doczekała amerykańskiego remaku z Jessicą Albą w roli głównej.
The Child's Eye jest filmem zrobionym w nowatorski i bardzo dziś popularny sposób - w technice 3D. Wielu ten fakt może zachęcić do sięgnięcia za ten horror, lecz powiem Wam, że nie w 3D leży jego siła.
The Child's Eye jest filmem zrobionym w nowatorski i bardzo dziś popularny sposób - w technice 3D. Wielu ten fakt może zachęcić do sięgnięcia za ten horror, lecz powiem Wam, że nie w 3D leży jego siła.
czwartek, 1 listopada 2018
An le zhan chang (aka Fatal Vacation/Fatalne wakacje); Hongkong
Nie ma co owijać w bawełnę - nie jest to film, który spodoba się każdemu kinomaniakowi. Brutalność, gwałty, tortury, morderstwa to motyw przewodni tej produkcji, ale z drugiej strony chyba nie powinniśmy się czuć zaskoczeni, gdyż jeżeli chodzi o kino grozy, to Hongkong i Chiny przodowały niejednokrotnie w tematyce tortur, gwałtów...czyli ogólnie dość makabryczne i brutalne kino. Nie inaczej ma się właśnie z Fatal Vacation.
Początkowo fabuła nas nie powali, gdyż pierwsze sceny ukazują jakąś żałosną komedyjkę, która na wstępie może zniechęć niejednego. Nie martwcie się jednak, jak przez to przebrniecie, to czeka Was już tylko maksimum napięcia, które nie pozwoli Wam ot tak sobie o tym filmie zapomnieć.
Początkowo fabuła nas nie powali, gdyż pierwsze sceny ukazują jakąś żałosną komedyjkę, która na wstępie może zniechęć niejednego. Nie martwcie się jednak, jak przez to przebrniecie, to czeka Was już tylko maksimum napięcia, które nie pozwoli Wam ot tak sobie o tym filmie zapomnieć.
Xiao hun yu (aka Return of the Dead); Hongkong
Kiedy postanowiłam nadrobić swoje azjatyckie zaległości filmowe, na pierwszy ogień wrzuciłam właśnie Return of the Dead. Dlaczego padło na to dzieło? Ano dlatego, że już dość dawno nie oglądałam przyzwoitego kina grozy z Hong Kongu, tzw. starej daty, czyli z lat 70-tych.
O filmie Li Han-Hsianga czytałam nieco wcześniej i zachęciło mnie przede wszystkim wiele pozytywnych opinii na temat tego obrazu. Dlatego też nie czekając zbyt wiele, gdy tylko udało mi się na sam film natrafić, czym prędzej postanowiłam się zapoznać z tym klasykiem.
To, co zwróciło moją uwagę już na samym początku, to fakt, że oto mam do czynienia z tradycyjnym ghost story w starym hongkondzkim wydaniu, czego dziś się już raczej nie ogląda, bo przeważnie bardzo ciężko na takie filmy obecnie natrafić. Return of the Dead okazał się prawdziwą perełką nie tylko na wieczór, ale również do domowej, prywatnej kolekcji filmowej. Fani filmowych antologii będą uradowani, ponieważ obraz Hsianga jest właśnie zbiorem trzech historii, nawiązujących do tradycyjnych opowieści grozy.
O filmie Li Han-Hsianga czytałam nieco wcześniej i zachęciło mnie przede wszystkim wiele pozytywnych opinii na temat tego obrazu. Dlatego też nie czekając zbyt wiele, gdy tylko udało mi się na sam film natrafić, czym prędzej postanowiłam się zapoznać z tym klasykiem.
To, co zwróciło moją uwagę już na samym początku, to fakt, że oto mam do czynienia z tradycyjnym ghost story w starym hongkondzkim wydaniu, czego dziś się już raczej nie ogląda, bo przeważnie bardzo ciężko na takie filmy obecnie natrafić. Return of the Dead okazał się prawdziwą perełką nie tylko na wieczór, ale również do domowej, prywatnej kolekcji filmowej. Fani filmowych antologii będą uradowani, ponieważ obraz Hsianga jest właśnie zbiorem trzech historii, nawiązujących do tradycyjnych opowieści grozy.
Ngok mung (aka Unplugging Nightmare/Unplugged Nightmare/Night Move); Hongkong
Ten niskobudżetowy horror z Hongkongu mile zaskoczył nie tylko mnie, ale także znajomych, z którymi miałam okazję to dzieło obejrzeć. Miłym zaskoczeniem było przede wszystkim to, że dane nam było zobaczyć typowy i to całkiem niezły ghost story bez przesadnej makabry czy kiczu.
Wprawdzie niski budżet dał się tu we znaki, ale...zaraz, zaraz, czy sukces horroru zależy li jedynie od jego pompatyczności i efektów specjalnych? Otóż nie. Reżyser - Elfa Lee Cheuk-Chun doskonale pokazuje, że aby przyzwoicie postraszyć (albo przynajmniej starać się) wystarczy nie gorszy pomysł na fabułę oraz długowłosa nieznajoma.
Wprawdzie niski budżet dał się tu we znaki, ale...zaraz, zaraz, czy sukces horroru zależy li jedynie od jego pompatyczności i efektów specjalnych? Otóż nie. Reżyser - Elfa Lee Cheuk-Chun doskonale pokazuje, że aby przyzwoicie postraszyć (albo przynajmniej starać się) wystarczy nie gorszy pomysł na fabułę oraz długowłosa nieznajoma.
środa, 31 października 2018
Xiong Zhai You Ling (aka Ghosts/Duchy); Hongkong
Muszę przyznać i robię to z wielką przyjemnością, że film Ah Gana zaskoczył mnie niezmiernie mile. Bardzo długo czekałam na naprawdę ciekawy film grozy z Hong Kongu i wreszcie się doczekałam. Obraz ten to ciekawe połączenie ghost story z nieco przerażającym slasherem, co już samo w sobie jest mieszanką niezwykle atrakcyjną.
W efekcie otrzymujemy całkiem przyzwoity horror z kilkoma mrożącymi krew w żyłach scenami, nie gorszym wzrostem napięcia oraz dość pokaźną ilością czerwonej posoki. Taki misz-masz z pewnością spodoba się niejednemu, jednak z drugiej strony uprzedzam, aby potencjalny widz nie nastawiał się na super-produkcję, gdyż obrazowi temu nieco brakuje, jednak nie w tym rzecz.
W efekcie otrzymujemy całkiem przyzwoity horror z kilkoma mrożącymi krew w żyłach scenami, nie gorszym wzrostem napięcia oraz dość pokaźną ilością czerwonej posoki. Taki misz-masz z pewnością spodoba się niejednemu, jednak z drugiej strony uprzedzam, aby potencjalny widz nie nastawiał się na super-produkcję, gdyż obrazowi temu nieco brakuje, jednak nie w tym rzecz.
Gin gwai 10 (aka The Eye 10/Jian gui 10); Hongkong
Gdy obejrzałam po raz pierwszy ten film, tuż po seansie zadałam pytanie: co to jest? Mając w pamięci dwie znakomite części zatytułowane Gin gwai (pierwsza z 2002 roku w reżyserii braci Pang; druga z 2004 roku także tych reżyserów), byłam naprawdę bardzo zaskoczona tym, co obejrzałam, gdyż w porównaniu do poprzednich części, kolejny obraz braci Pang okazał się zupełnie odrębną produkcją. Niby sequel, ale naprawdę bardzo dużo w moim odczuciu mu brakuje do Gin gwai i Gin gwai 2.
To, co jest tutaj dużą innowacją to przede wszystkim fabuła, która już nie przeraża, ale (o zgrozo!) jest totalną farsą!
To, co jest tutaj dużą innowacją to przede wszystkim fabuła, która już nie przeraża, ale (o zgrozo!) jest totalną farsą!
Gin gwai (aka The Eye/Oko/Jian gui/Seeing Ghosts/Ging gwai/Wzrok); Hongkong
Kiedy na ekrany w 2008 roku weszła amerykańska wersja Oka, wszyscy piali z zachwytu. Mało kto pamiętał o genialnym pierwowzorze powstałym z rąk jednych z najwybitniejszych reżyserów azjatyckich – braci Pang. Oczywiście co niektórzy (w tym i ja) potrafili docenić kunszt właśnie oryginału, który nieporównywalnie był filmem znacznie bardziej mrożącym krew w żyłach.
Nie trzeba nawet wspominać, że wersja azjatycka ma lepszy klimat i jest bardziej intrygująca. Duchy są mniej natarczywe, ale za to bardziej przerażające. No i dramatyczny, niezwykle widowiskowy finał ma większą siłę rażenia i jest w o wiele lepszym stylu niż jego zachodni naśladowca. Obyło się w nim bowiem bez obowiązkowego w amerykańskich dreszczowcach happyendowskiego finiszu.
Nie trzeba nawet wspominać, że wersja azjatycka ma lepszy klimat i jest bardziej intrygująca. Duchy są mniej natarczywe, ale za to bardziej przerażające. No i dramatyczny, niezwykle widowiskowy finał ma większą siłę rażenia i jest w o wiele lepszym stylu niż jego zachodni naśladowca. Obyło się w nim bowiem bez obowiązkowego w amerykańskich dreszczowcach happyendowskiego finiszu.
wtorek, 30 października 2018
Taan shiu hung chow (aka Dial D for Demons); Hongkong
Był czas, kiedy to hongkońskiej kinematografii grozy dni chwały minęły. Było to głównie w latach 1992-1995, gdzie to wielu reżyserów musiało szukać innego zajęcia, gdyż emanowanie w filmach przemocą oraz przede wszystkim paskudną makabrą zostało zabronione.
Wielu z nich udało się wówczas do Ameryki, gdzie szybko nadarzyła się okazja, aby podszkolić swój warsztat reżyserski. Ci nieco bardziej utalentowani wykorzystali to w mgnieniu oka.
Jednak w rodzimym Hongkongu kino grozy niemal upadło zupełnie.
Dial D for Demons jest jednym z pierwszych filmów, który zaczęto porównywać z wcześniejszymi filmami, jaki ukazywały się w tym kraju. Trzeba przyznać, że horror to zaskakujący, gdyż łączy (sprawnie zresztą) grozę równą Ringowi Nakaty oraz The Sixth Sense Shyamalan'a z odrobiną humoru, nie gorszą od tej znanej z Evil Dead Sam'a Raimi.
Wielu z nich udało się wówczas do Ameryki, gdzie szybko nadarzyła się okazja, aby podszkolić swój warsztat reżyserski. Ci nieco bardziej utalentowani wykorzystali to w mgnieniu oka.
Jednak w rodzimym Hongkongu kino grozy niemal upadło zupełnie.
Dial D for Demons jest jednym z pierwszych filmów, który zaczęto porównywać z wcześniejszymi filmami, jaki ukazywały się w tym kraju. Trzeba przyznać, że horror to zaskakujący, gdyż łączy (sprawnie zresztą) grozę równą Ringowi Nakaty oraz The Sixth Sense Shyamalan'a z odrobiną humoru, nie gorszą od tej znanej z Evil Dead Sam'a Raimi.
Shut yiu (aka Shi yao/Corpse Mania); Hongkong
Jakiś czas temu pisałam, że nie mam przekonania do horrorów z Hongkongu. Zdania swego nie zmieniłam po dziś dzień, tyle że dotyczy to głównie filmów grozy, które powstały na przestrzeni lat 80-tych.
Naprawdę uwierzcie, że trochę ich już na swoim koncie mam i żaden, naprawdę żaden horror z tamtych lat nie zainteresował mnie na dłużej. Ot - jeden seans w zupełności wystarczy. Problem polega na tym, że groza z Hong Kongu nie jest w stanie mnie przerazić. Którąkolwiek tematykę by wybrano, zazwyczaj wypada ona w moich oczach z mizernym skutkiem.
Naprawdę uwierzcie, że trochę ich już na swoim koncie mam i żaden, naprawdę żaden horror z tamtych lat nie zainteresował mnie na dłużej. Ot - jeden seans w zupełności wystarczy. Problem polega na tym, że groza z Hong Kongu nie jest w stanie mnie przerazić. Którąkolwiek tematykę by wybrano, zazwyczaj wypada ona w moich oczach z mizernym skutkiem.
wtorek, 23 października 2018
Sei mong se jun (aka Ab-normal Beauty/Death Photo/Zdjęcie śmierci); Hongkong
Film, którego reżyserem jest znany na cały świat filmowy Oxide Pang Chun, to niezwykła opowieść grozy o fascynacji śmiercią. Pokazuje nam jaki skutek - bardzo przykry zresztą - może nieść ze sobą taka niezdrowa fascynacja.
Pang powalił wszystkich swoim świetnym Gin gwai z 2002 roku. Kiedy dwa lata później ukazał się kolejny jego horror, wszyscy miłośnicy azjatyckiej grozy zacierali ręce w zachwycie i niecierpliwie pomrukiwali cóż tym razem zgotował nam pan Pang. Zgotował, ano zgotował nam ciekawą i budzą grozę historię, o której nie da się tak szybko zapomnieć. Niestety szybko się okazało, że obraz tym razem nie każdemu do gustu przypadł.
Pang powalił wszystkich swoim świetnym Gin gwai z 2002 roku. Kiedy dwa lata później ukazał się kolejny jego horror, wszyscy miłośnicy azjatyckiej grozy zacierali ręce w zachwycie i niecierpliwie pomrukiwali cóż tym razem zgotował nam pan Pang. Zgotował, ano zgotował nam ciekawą i budzą grozę historię, o której nie da się tak szybko zapomnieć. Niestety szybko się okazało, że obraz tym razem nie każdemu do gustu przypadł.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)


















