Film ukazał się zaledwie tydzień po premierze Tomie: Beginning, również wyreżyserowanego przez Oikawę. Można było przypuszczać, że twórca pierwszego filmu z serii Tomie z 1999 roku wykorzystał sześć lat przerwy, by stworzyć bardziej dojrzałą, mroczniejszą i psychologicznie niepokojącą interpretację postaci Tomie. Zamiast tego otrzymujemy produkcję chaotyczną, niespójną i zadziwiająco pozbawioną napięcia.
Młoda lekarka imieniem Kazue jadąc pewnej nocy górską drogą, potrąca nagą, ranną dziewczynę. Ofiara niespodziewanie wstaje i ucieka do lasu, doprowadzając Kazue do opuszczonej posiadłości. W środku lekarka znajduje inną dziewczynę, Yukiko, która jest bliska śmierci i traci pamięć. Rok później Kazue zostaje odwiedzona przez śledczego badającego tzw. „incydenty Tomie” – serię brutalnych morderstw powiązanych z tajemniczą, piękną dziewczyną, która potrafi regenerować się z pojedynczych komórek i doprowadzać ludzi do szaleństwa. Wkrótce tytułowa Tomie rozpoczyna swój rytualny plan zemsty.
Największym problemem filmu jest całkowite niezrozumienie samej Tomie. W mandze Ito była ona figurą toksycznego uroku - istotą jednocześnie piękną i odrażającą, hipnotyzującą oraz wywołującą instynkt przemocy. Oikawa łagodzi jednak tę postać niemal do granic absurdu. Tomie staje się tutaj bardziej uroczą, pogodną dziewczyną niż demoniczną femme fatale. Ta przemiana przypomina los innych ikon japońskiego horroru.
Wprawdzie początkowo fabuła rozpoczyna się całkiem obiecująco, kiedy dr Kazue Suma potrąca nocą nagą dziewczynę, a śledztwo prowadzi ją do opuszczonej chaty oraz tajemniczej, cierpiącej na amnezję Yukiko. Sam pomysł ma ogromny potencjał. W historii pobrzmiewają echa Z Archiwum X (1993-2018), kina found footage, a nawet paranoicznych thrillerów o utracie tożsamości. Problem polega na tym, że żaden z tych motywów nie zostaje rozwinięty.
Scenariusz sprawia wrażenie zbioru przypadkowych pomysłów sklejonych bez większego planu. Postacie pojawiają się i znikają bez uzasadnienia, relacje między nimi są płytkie, a narracja nieustannie traci rytm. Film próbuje jednocześnie być policyjnym thrillerem, horrorem psychicznym, opowieścią o amnezji i historią o epidemii sobowtórów, ale nie potrafi odnaleźć własnej tożsamości. W rezultacie Tomie: Revenge bardziej męczy niż angażuje.Nie pomaga również stylistyka filmu. Oikawa przesadza z rozmytym oświetleniem i niepotrzebnym ruchem kamery, przez co wiele scen wygląda tak, jakby oglądało się je przez zaparowane szkło. Całość przypomina momentami tani telewizyjny thriller, a nie pełnoprawny horror kinowy. Sceny gore pojawiają się nagle i bez odpowiedniego budowania napięcia, przez co zamiast szokować, wywołują raczej niezamierzony komizm. To szczególnie bolesne w przypadku serii Tomie, która zawsze najlepiej działała wtedy, gdy balansowała między cielesnym horrorem a atmosferą psychicznego rozkładu.
Tomie: Revenge jest prawdopodobnie najsłabszym z trzech filmów Oikawy poświęconych Tomie i jednym z najbardziej chaotycznych rozdziałów całej serii. To horror pozbawiony prawdziwej atmosfery grozy, emocjonalnego ciężaru i wyrazistej wizji. Mimo kilku interesujących pomysłów film tonie w narracyjnym chaosie, pretensjonalnej stylistyce i źle poprowadzonej postaci Tomie.
Dla fanów mangi Junjiego Ito seans może mieć wartość wyłącznie kolekcjonerską - jako kolejna, nieudana próba uchwycenia fenomenu tej bohaterki. Pozostali widzowie prawdopodobnie szybko zapomną o tym filmie. Tomie: Revenge najlepiej podsumowuje uczucie, które od lat towarzyszy wielu ekranizacjom twórczości Ito: „jak mogli to aż tak zepsuć?”.
Ataru Oikawa
Scenariusz:
Junji Ito
Rok produkcji:
2005
Obsada:
Hisako Shirata
Minami
Anri Ban
Kyûsaku Shimada
Hideo Nakaizumi




