Jeżeli chodzi o tureckie horrory, to przyznam się bez bicia, że nie mam zbyt dużego wyobrażenia o nich. Pamiętam, że pierwszym obejrzanym przeze mnie horrorem nakręconym w Turcji był powstały w 2007 roku w reżyserii Tana Tolga Demirci Gomeda. Zrobił na mnie duże wrażenie...na tyle duże, że kiedy w ręce wpadł mi pochodzący z 2015 roku głośny Baskin w reżyserii Cana Evrenola, zasiadłam ochoczo. Mimo, iż ta produkcja też bardzo mi się podobała, to jakoś niespecjalnie często filmy grozy z tego kraju wpadały w moje ręce, czego efektem jest - przyznaję - mizerna znajomość tureckiej grozy filmowej. Podobnie rzecz się miała z obejrzanym wczoraj Semumem. Trafiłam na niego zupełnym przypadkiem i aż wstyd się przyznać, bo film pochodzi z 2008 roku, czyli już taką ,,świeżynką'' nie jest, a ja dopiero wczoraj o nim w ogóle usłyszałam (!). Jak to mówią - lepiej późno, niż wcale - zachęcona pozytywnymi opiniami i recenzjami horroru Hasana Karacadağa, jeszcze w tym samym dniu (mimo świątecznego pędu), zasiadłam wygodnie i postanowiłam go obejrzeć. Chciał - nie chciał - mój seans wzbudził wielkie zainteresowanie o wielu znajomych, czego efektem była prośba o jak najszybszą recenzję. Wielkanocny czas sprzyja takiemu relaksowi, więc spełniając prośbę ziomków - prezentuję Wam dziś ten film.
