Tomie: Beginning z 2005 roku, wyreżyserowane przez Ataru Oikawę, próbuje wrócić do źródeł tej postaci. Już sam tytuł sugeruje opowieść o początku, ale nie należy oczekiwać klasycznej genezy, która wszystko spokojnie wyjaśni i uporządkuje. To raczej film o pierwszym kontakcie z Tomie jako siłą destrukcyjną.
Piękna i magnetyczna dziewczyna, Tomie Kawakami, dołącza do nowej klasy w liceum. Jej urok natychmiast wywołuje skrajne emocje wśród rówieśników – od ślepego uwielbienia i zazdrości po obłęd i agresję. Napięcia w grupie eskalują, doprowadzając uczniów do aktu brutalnego morderstwa i poćwiartowania ciała dziewczyny. Zgodnie ze swoją nadprzyrodzoną naturą, Tomie powraca do życia, co uruchamia lawinę szaleństwa, kolejnych morderstw i samobójstw.
Fabułę najlepiej znać tylko w ogólnym zarysie, bo film, mimo że nie jest szczególnie zaskakujący konstrukcyjnie, czerpie siłę z powolnego obserwowania rozpadu klasowej wspólnoty. Oikawa nie opowiada o Tomie jak o typowej ofierze ani jak o demonicznej uwodzicielce w prostym sensie. Bardziej interesuje go mechanizm społecznej histerii. Tomie wchodzi w przestrzeń szkoły niczym wirus. Nie musi wiele robić. Wystarczy, że jest. Jej obecność prowokuje spojrzenia, pożądanie, rywalizację, lęk i przemoc. To właśnie w tym tkwi najciekawszy aspekt filmu: Tomie nie tyle „atakuje” ludzi, ile wydobywa z nich to, co już było obecne – zazdrość, kompleksy, seksualne napięcie, potrzebę posiadania, nienawiść do kobiecego ciała, którego nie można kontrolować.Pod względem problematyki Tomie: Beginning bardzo mocno wpisuje się w temat przewodni całej postaci stworzonej przez Ito. Tomie jest fantazją i koszmarem jednocześnie. Mężczyźni pragną jej, ale to pragnienie szybko zamienia się w chęć unicestwienia. Dziewczęta z kolei widzą w niej zagrożenie, rywalkę, kogoś obcego, kto rozsadza delikatny układ grupy. Film dobrze pokazuje, że Tomie nie istnieje w neutralnej przestrzeni. Jej ciało od początku zostaje zawłaszczone przez cudze spojrzenia. Każdy chce ją zdefiniować, zdobyć, odrzucić albo zniszczyć, a ona, jak zawsze, wymyka się wszystkim tym próbom.
W odniesieniu do mangi Ito, film wypada nierówno, ale interesująco. Tomie: Beginning jest jedną z tych adaptacji, które próbują zbliżyć się do pierwotnego konceptu postaci: szkolne środowisko, fascynacja piękną uczennicą, narastające szaleństwo, cielesna makabra i motyw niemożliwej do zatrzymania regeneracji. Brakuje jednak tej prawdziwie obślizgłej, organicznej grozy, którą Ito potrafi wywołać jednym kadrem. Manga działa jak nagłe wbicie igły pod skórę – jest elegancka, ale zarazem odrażająca. Film Oikawy bywa bardziej zachowawczy. Tam, gdzie Ito pozwala obrazowi eksplodować w groteskowy body horror, ekranowa wersja częściej wybiera atmosferę, sugestię i dramatyczne napięcie między bohaterami.
Na tle wcześniejszych filmowych adaptacji ten film ma jednak pewną przewagę: jest bardziej świadomy miejsca Tomie w całym cyklu. Pierwsza Tomie Oikawy z końca lat dziewięćdziesiątych miała duszny, minimalistyczny klimat i bardziej psychologiczny charakter, ale nie zawsze potrafiła oddać demoniczny magnetyzm bohaterki. Tomie: Another Face (1999) było tańsze, bardziej epizodyczne i miejscami zaskakująco bliskie komiksowej strukturze, choć pozbawione prawdziwej siły wizualnego horroru. Replay (2000), Re-birth (2001) czy Forbidden Fruit (2002) próbowały z kolei rozwijać motyw Tomie w różnych kierunkach: czasem bardziej groteskowych, czasem melodramatycznych, czasem niemal queerowych. Beginning wraca do punktu wyjścia i przez to wydaje się prostsze, ale też bardziej skoncentrowane.
To, co najbardziej mi się w tym filmie podoba, to klimat. Nie jest to horror jakoś szczególnie przerażający w sensie czysto jump scare’owym. Oikawa buduje raczej atmosferę stopniowego zepsucia. Szkoła, która powinna być miejscem codzienności, staje się przestrzenią emocjonalnego rozkładu. Korytarze, klasa, relacje między uczniami – wszystko zostaje powoli zatrute. Film ma w sobie ten charakterystyczny dla wielu japońskich horrorów początku XXI wieku chłód: nieco przygaszone zdjęcia, oszczędną ekspresję, poczucie, że tragedia rozwija się nieuchronnie, nawet jeśli bohaterowie jeszcze próbują funkcjonować normalnie.
Poziom grozy zależy tu w dużej mierze od oczekiwań widza. Jeśli ktoś szuka mocnego, brutalnego horroru cielesnego w duchu najbardziej ekstremalnych wizji Junjiego Ito, może poczuć niedosyt. Groza wynika z powtarzalności: z faktu, że Tomie można nienawidzić, kochać, zabić, rozczłonkować, ale nie można jej zakończyć. To bardzo ciekawy rodzaj horroru – nie oparty na lęku przed śmiercią, lecz na lęku przed tym, że śmierć niczego nie rozwiązuje.
Poziom grozy zależy tu w dużej mierze od oczekiwań widza. Jeśli ktoś szuka mocnego, brutalnego horroru cielesnego w duchu najbardziej ekstremalnych wizji Junjiego Ito, może poczuć niedosyt. Groza wynika z powtarzalności: z faktu, że Tomie można nienawidzić, kochać, zabić, rozczłonkować, ale nie można jej zakończyć. To bardzo ciekawy rodzaj horroru – nie oparty na lęku przed śmiercią, lecz na lęku przed tym, że śmierć niczego nie rozwiązuje.
Aktorstwo jest poprawne, choć miejscami wpisane w dość teatralną, melodramatyczną konwencję. Rio Matsumoto jako Tomie ma odpowiedni rodzaj chłodnej urody i dystansu. Nie jest może najbardziej hipnotyczną ekranową Tomie, ale potrafi oddać jej podstawową sprzeczność: pozorną niewinność i okrucieństwo ukryte pod powierzchnią.
Nie jest to najlepsza adaptacja Junjiego Ito, ale jest to adaptacja warta uwagi, zwłaszcza dla osób, które interesuje filmowa ewolucja Tomie. Oikawa rozumie, że w tej postaci najważniejsze nie jest wyjaśnienie jej natury, lecz pokazanie skutków jej obecności, dlatego też film najlepiej oglądać nie jako pełnoprawne „wyjaśnienie” Tomie, lecz jako kolejny wariant tej samej klątwy. To film o narodzinach obsesji, a nie o narodzinach potwora. Bo Tomie właściwie nigdy nie ma początku. Ona po prostu pojawia się tam, gdzie ludzie są gotowi ją pokochać, znienawidzić i zabić. A potem wraca. Zawsze wraca.
Jest to na pewno solidna, klimatyczna odsłona serii, bardziej interesująca jako powrót do źródeł niż jako samodzielny horror. Dla fanów Junjiego Ito i filmowej Tomie – pozycja obowiązkowa. Dla przypadkowego widza – raczej ciekawostka, ale z odpowiednio nieprzyjemnym urokiem.
Nie jest to najlepsza adaptacja Junjiego Ito, ale jest to adaptacja warta uwagi, zwłaszcza dla osób, które interesuje filmowa ewolucja Tomie. Oikawa rozumie, że w tej postaci najważniejsze nie jest wyjaśnienie jej natury, lecz pokazanie skutków jej obecności, dlatego też film najlepiej oglądać nie jako pełnoprawne „wyjaśnienie” Tomie, lecz jako kolejny wariant tej samej klątwy. To film o narodzinach obsesji, a nie o narodzinach potwora. Bo Tomie właściwie nigdy nie ma początku. Ona po prostu pojawia się tam, gdzie ludzie są gotowi ją pokochać, znienawidzić i zabić. A potem wraca. Zawsze wraca.
Jest to na pewno solidna, klimatyczna odsłona serii, bardziej interesująca jako powrót do źródeł niż jako samodzielny horror. Dla fanów Junjiego Ito i filmowej Tomie – pozycja obowiązkowa. Dla przypadkowego widza – raczej ciekawostka, ale z odpowiednio nieprzyjemnym urokiem.
MOJA OCENA:
👹👹👹👹👹👹👹 7/10
Reżyseria:
Ataru Oikawa
Scenariusz:
Junji Ito
Rok produkcji:
2005
Obsada:
Rio Matsumoto
Asami Imajuku
Kenji Mizuhashi
Nahana
Maya Kurokawa
Yuka Iwasaki
Fujiyama
Akifumi Miura
Takashi Sugiuchi
Yoshiyuki Morishita




