Na-young jest początkującą reporterką pracującą w brukowcu. Wpada w kłopoty z powodu błędnego przedstawienia płci transseksualnego rozmówcy. By liczyć na wsparcie swojej redakcji, musi znaleźć na tyle ciekawe historie, które zapewnią duże zainteresowanie czytelników.
Jej przyjaciel, Woo-won, opowiada jej historię tajemniczej śmierci na stacji metra Oksu. W pobliżu miejsca zdarzenia podobno widziano tajemnicze, dziwnie się zachowujące dziecko.
Następne dni przynoszą kolejne niewytłumaczalne wypadki...
Początki tego filmu sięgają webtoonu „Oksooyuk Guishin” z 2011 roku autorstwa Ho Rang, zaadaptowanego tutaj przez Hiroshi Takahashi, co może tłumaczyć silne motywy japońskiego horroru i tak też się dzieje. Widzowie, którym japońska groza filmowa nie jest obca od razu znajdą tu wiele podobieństw do kultowego już dziś dzieła Hideo Nakaty Ringu z 1998 roku (motyw studni i klątwy). No i jak to bywa z reguły, większość widzów się do tego przyczepi, bo to ,,odgrzewany kotlet i nic nowego''. Może i tak, ale uwierzcie, że film mi się spodobał. Fabuła luźno bazuje na miejskich legendach związanych też chociażby z opuszczonymi stacjami metra, których w Korei Południowej nie brakuje, a z reguły noszą one miano ,,nawiedzonych'' z najróżniejszych powodów. Są to najczęściej stacje niedokończone lub zamknięte platformy, które stały się właśnie inspiracją dla miejskich legend czy horrorów. Nawet stacja Oksu, która jest tutaj głównym miejscem wydarzeń (być może autentycznie, a być może za sprawą filmu) dostała łatkę ,,nawiedzonej''. Legenda mówi, że na peronie tej stacji pojawia się duch kobiety, którą rzekomo widziało wielu. Przez to właśnie stacja Oksu jest dziś uważana za jedną z najbardziej nawiedzonych w całej Korei Południowej.
Okej, ale tyle legend - wracam do filmu. Od samego jego początku czuć niepokojącą atmosferę grozy: opuszczona stacja, przyćmione światło...i do tego dziwna kobieta wyginająca się w nienaturalnych pozach. Osobiście byłabym przerażona, jak diabli, widząc taką postać na opustoszałej stacji metra. Dodatkowo film naprawdę się wyróżnia, gdy da mu się czas i jest w nim kilka przepięknych ujęć. Jestem prawie pewna, że jest kilka ujęć z rozszczepioną dioptrią, które również ładnie się wyróżniają, co moim zdaniem nigdy nie jest wadą. Choć początkowo - pomimo swojej ponurej atmosfery - może się zdawać, że będzie brakować potencjału, to uwierzcie, że wcale tak nie będzie. Film bardzo szybko przyspiesza, kiedy tylko niepokojące wydarzenia zaczynają prześladować główną bohaterkę. No i co z tego, że mamy tu klątwę, która narodziła się z gniewu, chęć zemsty i studnię. Ogląda się to naprawdę przyzwoicie i co najważniejsze - fabuła wciąga. Jesteśmy ciekawi rozwiązania zagadki tajemniczych zgonów i co doprowadziło do sytuacji, jaka ma miejsce na stacji Oksu. Nie przeszkadzały mi nawiązania do wspomnianego już Ringu czy Ju-On: The Grudge (2003) Takashiego Shimizu. Oczywiście studnia to jedna z najbardziej oczywistych okazji, aż po jej odległe położenie, a wraz z ujawnieniem mrocznej historii, która się za nią kryje, będzie ich więcej. Najpierw Na-yeong musi odkryć, co to jest, wbrew woli pani Mo (jej przełożona), która kategorycznie neguje całą historię, zmuszając Na-yeong do spróbowania innego podejścia, poprzez dziwne zgony, z przyjacielem Woo-wonem u boku.Na-yeong walczy o ratowanie swojej kariery, po tym jak poniosła kolejną kompromitującą porażkę. Pani Mo i jej lizusowscy podwładni zdają się być pozbawieni empatii, pozostawiając Na-yeong rolę sumienia zespołu, gdy wyniki jej artykułów są ważniejsze niż rzetelność historii.
Na uznanie zasługują bez wątpienia kreacje aktorskie. Naprawdę podobały mi się występy, zwłaszcza dwójki głównych bohaterów, Bo-ra Kim i Jae Hyun Kim. Od razu wyczułam wrażliwość Bo-ra, co sprawiło, że chciałam, żeby odniosła sukces, szczególnie w porównaniu z jej nieprzejednaną, stanowczą szefową, graną dobrze przez Soo-jin Kim. Jej występ momentami delikatnie trącił przesadą, ale w ten sposób czyni ją to jeszcze bardziej prawowitą zołzą i ostatecznie sprawiło, że poczułam satysfakcję na myśl o jej końcowym losie.
Odniosłam wrażenie, że ukazana w Ghost Station klątwa jest narzędziem sarkastycznego ataku na strony internetowe typu clickbait (technika przyciągania uwagi w internecie, za pomocą sensacyjnych nagłówków lub grafik, które często wyolbrzymiają faktyczną treść artykułu), które zatruwają dzisiejszy internet. Czyni to film pod jednym względem nieco zabawny, pod drugim smutny, gdyż faktycznie dziś jesteśmy wręcz ,,zalewani'' całą masą mało wartościowej treści o wielkich, krzyczących nagłówkach.
Nie uniknę tematu minusów, bo oczywiście i takie się tu pojawiają. Pierwszym minusem, jaki można wyłapać to niekiedy przewidywalne sceny grozy. Oczywiście śmierci na stacji Oksu mają swoje tło, to jednak są one jakby pozbawione głębi. Niektóre postacie wydają się też nieco przerysowane, przez co oglądanie ich jest niekomfortowe (wspomniana pani Mo). Kolejnym minusem w moim odczuciu jest długość filmu, a raczej jego krótkość. 80 minut filmu okazuje się bowiem niewystarczające, by w pełni wykorzystać dwa główne wątki, przeskakując między nimi z niewielkim nałożeniem aż do oczyszczającego finału. Także samo znalezienie ,,lekarstwa'' na zdjęcie klątwy, pojawia się zbyt późno, przez co brakuje tu zagrożenia i autentycznego napięcia.
Reasumując: Ghost Station to bardzo dobrze zrobiony horror. Nie ustrzegł się wad i niedociągnięć, ale wcale nie psują one zabawy z seansu. To na pewno solidna produkcja z efektownymi jump scare'ami. Nie ukrywajmy - oryginalne pomysły w horrorze to ścieżka, która stale się zwęża, więc myślę, że możemy mu wybaczyć zapożyczenia z japońskich horrorów, bo bez wątpienia umili nam czas.




