Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOJI SHIRAISHI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOJI SHIRAISHI. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 lutego 2026

Ogsuyeog gwisin (aka Ghost Station/Stacja duchów); Korea Południowa

     Pamiętam doskonale, kiedy wstawiałam newsa na Stronę Główną tegoż właśnie bloga, który zapowiadał ów koreański horror. Byłam zachwycona, gdyż przyznam szczerze, że już dawno nie oglądałam koreańskiego horroru ghost z prawdziwego zdarzenia, a na takich się właśnie ,,wychowałam'' w początkowym okresie mojej fascynacji azjatyckim kinem grozy (nie licząc oczywiście J-horrorów, które pierwsze zdobyły moje serce). No bądźmy szczerzy, dzisiejsze kino grozy z Korei Południowej przejęły w dużej mierze zombie oraz tematyka egzorcyzmów, a tu niekoniecznie mi wszystko do gustu przypada, choć skłamałabym, gdybym napisała, że horrory pokroju Train to Busan (2016) Sang ho-Yeona czy zrecenzowany nie tak dawno Dark Nuns (2025) Kwon Hyoek-jae były kiepskie i mi się nie podobały. Co to, to nie. Jednak nie ukrywam, że jestem zdecydowaną miłośniczką azjatyckich historii o duchach i te w kinie grozy stawiam jako priorytet, jeżeli chodzi o oglądalność. Przez dość długi czas byłam nawet sfrustrowana, gdyż długo, długo nie mogłam znaleźć tego filmu, co doprowadzało mnie niemalże do ,,szewskiej pasji''. Ostatecznie jednak przyszedł ten piękny dzień (raczej wieczór), kiedy wygodnie zasiadłam do seansu z wypiekami na twarzy. Nie zawiodłam się...

wtorek, 30 października 2018

Teke-teke (aka Teketeke); Japonia

    Tek Tek lub też Teke Teke to japońska legenda o młodej kobiecie, która wpadła pod pociąg. Maszyna przecięła jej ciało wpół, a jej duch od tej pory pojawiał się w pobliżu stacji kolejowych na terenie całej Japonii. Makabryczności dodaje fakt, że ducha widuje się sunącego tylko i wyłącznie na własnych rękach, bez odciętej dolnej części ciała. Jej ręce (przypominające szpony) wydają dźwięk, który fonetycznie brzmi jak ''teke teke''. Legenda ta jest dość mocno rozpowszechniona wśród Japończyków. Zwłaszcza pokolenie nastolatków z wielkim entuzjazmem opowiada sobie historię potwornie okaleczonej kobiety, która prześladuje nieostrożnych, wieczornych przechodniów. Nic więc dziwnego też, że świat filmowego horroru w Japonii, który w dużej mierze kierowany jest do nastoletnich widzów, podjął się nakręcenia filmu grozy właśnie z tym straszydłem.
Do zadania stanął nikt inny, jak tylko reżyser Koji Shiraishi, strasząc nie tylko Japończyków, ale także cały zachodni świat.

poniedziałek, 22 października 2018

Okaruto (aka Occult); Japonia

    Kariera Kojiego Shiraishi jest bezapelacyjnie jednym z najciekawszych zjawisk w azjatyckim horrorze ostatnich lat. Początkowo znany tylko ze słabo ocenianego Ju-rei i różnie przyjętego Kuchisake onna, po tym, jak na Zachodzie światło dzienne ujrzało Noroi (co ciekawe, film wcześniejszy od „Kuchisake onna”), a Grotesque wzbudziło tak wielkie kontrowersje, że zostało zakazane w Wielkiej Brytanii awansował nagle na  jedną z większych indywidualności japońskiego kina grozy. W tej chwili Shiraishi ma już w Internecie grupę fanów, którzy przekazują sobie informacje i opinie o jego kolejnych produkcjach i, nie mając na razie co liczyć na ich anglojęzyczne wydania, udostępniają je do obejrzenia w Sieci. Pojawia się oczywiście pytanie czy te kolejne filmy Japończyka usprawiedliwiają jego nowo nabytą renomę i czy w czasach kiedy typowe azjatyckie ghost story zaczynają już nużyć nawet największych wielbicieli, są warte zainteresowania przez szerszą horrorową publikę. Jako komuś kto już po Ju-rei i Kuchisake uważał Shiraishiego za twórcę ze sporym talentem i potencjałem i kto uważa „Noroi” za jeden z najlepszych azjatyckich horrorów w historii, niezwykle miło mi odpowiedzieć, że tak, przynajmniej niektóre z jego najnowszych produkcji pokazują, że dobra opinia jest w pełni zasłużona. Dziełem, które pokazuje to najbardziej jest pochodzące z 2009 roku Occult, drugi po Noroi pseudodokumentalny horror tego reżysera i jeden z najbardziej zaskakujących i wstrząsających filmów jakie zdarzyło mi się widzieć w ostatnim czasie.

Noroi (aka Noroi The Curse); Japonia

    Horror pseudo-dokumentalny (anglojęzyczni krytycy wymyślili ładną nazwę „horror verite”1) jeszcze parę lat temu kojarzył się większości widzów z jednym tytułem: „Blair Witch Project”. Oczywiście przynajmniej część fanów kina grozy doskonale wiedziała, że historia nieszczęsnych młodych filmowców nie była pierwszym filmem tego typu, nie były nimi nawet poprzedzające „BWP” o rok „Alien Abduction: Incident in Lake County” Deana Alioto i „Last Broadcast” Stefana Avalosa i Lance'a Wellera a palma pierwszeństwa najprawdopodobniej powinna przypaść Ruggero Deodato i jego legendarnemu „Cannibal Holocaust” z 1980 roku. Produkcja o wiedźmie grasującej w lasach stanu Maryland przebijała jednak je wszystkie popularnością stanowiąc automatyczne skojarzenie i główny punkt odniesienia. Ale w pewnym momencie coś się ruszyło i horrory udające materiał reportażowy zaczęły nie tylko mnożyć się ale różnicować, na tyle, że oskarżenia o zrzynkę z „BWP” mogą brzmieć dziś wyłącznie śmiesznie. W ciągu ostatnich paru lat mogliśmy zobaczyć m.in. reportaż o działalności seryjnego mordercy („Behind the Mask: Rise of Leslie Vernon 2”), filmowaną na żywo inwazję potworów na Nowy Jork („Cloverfield”) czy bardziej („REC”) i mniej („Diary of the Dead”) udaną relację z ataku zombie. Pomijając „REC” właściwie wszystkie najgłośniejsze „horrory verite” to filmy amerykańskie, u fana grozy z Dalekiego Wschodu pojawia się więc pytanie czy Azjatów paradokumentalna formuła straszenia nie interesuje i czy nie mają w tej dziedzinie niczego do zaproponowania?

piątek, 19 października 2018

Gurotesuku (aka Grotesque: Unrated Version/Grotesque); Japonia

    O tym, że Japończycy potrafią stworzyć szokujący horror gore, wie zapewne każdy fan kina wywodzącego się z Kraju Kwitnącej Wiśni. Typowo ''gorowe'' produkcje przeżywały swój prawdziwy boom w końcowych latach 70-tych oraz początkowych 80-tych (choć tak naprawdę przez całe 80-te i początkowe 90-te lata można się było napawać stosem filmów, gdzie tortury na drugim człowieku, krew oraz wnętrzności były niemal na porządku dziennym). Od czasów totalnego hitu Hideo Nakaty z 1998 roku horrory o tematyce gore, jakby zostały nieco odsunięte na plan drugi, a główną tematyką stała się mściwa zjawa - yurei. Jednak co jakiś czas dochodziły do nas (zachodnich odbiorców) horrory, w których czerwonej posoki nie brakowało. Zazwyczaj były to filmy, które szokowały swoim okrucieństwem oraz wyrazistością ukazanych wydarzeń.
 Grotesque, to stworzony przez znanego japońskiego reżysera - Kôji Shiraishi'ego, który niemalże ''specjalizuje'' się w filmach grozy (na swoim koncie ma takie produkcje jak: Dead Girl Walking czy chociażby Ju-rei) także zaszokował widzów na całym świecie. Został zakazany m.in. w Wielkiej Brytanii, choć powód, dla którego tak się stało był dość banalny. Twierdzono, że film bezlitośnie pokazuje sceny tortur, upokorzenia, brutalności oraz sadyzmu. Drugim powodem - tu już bardziej realnym - były zarzuty, że obraz ten w całej okazałości rozprzestrzenia kino snuff. Dziwne, bo to nie pierwszy (i to nie tylko w wykonaniu Japończyków) i zapewne nie ostatni tego typu film.

sobota, 13 października 2018

Ju-rei (aka Ju-Rei: The Uncanny); Japonia

    Wbrew moim obawom, film ten okazał się produkcją dość interesującą. Przede wszystkim jest on nietypowy pod względem swojej konstrukcji, gdyż oglądamy go...od tyłu. Zarówno postaci, tytuł jak i fabuła wskazują nam, że film ten wzorowany był na znanej japońskiej serii filmów grozy Ju-On w reżyserii Takashi Shimizu. Jednak mimo iż wielu może to zniechęcić, zaznaczam, że popełnili by błąd, gdyby mając możliwość - filmu by nie obejrzeli. 
Jest to ciekawa produkcja, zwłaszcza że skonstruowana w dość amatorski sposób (czytaj prosty). Nie zabraknie jednak w nim scen mrożących krew w żyłach, które potrafią skutecznie przestraszyć. 

Kaiki! Shinin Shojo (aka Dead Girl Walking); Japonia

    Mimo młodego wieku, Jurij ma chore serce, które daje o sobie znać w najmniej odpowiednim momencie. Pomimo tego, że umiera, jej ciało jakby drwiło z zaistniałej sytuacji i dziewczyna wciąż się porusza, jak każdy inny człowiek. Wkrótce jednak ciało zaczyna ulegać rozkładowi. Nieprzyjemna woń, jaką dziewczyna roztacza wokół siebie sprawia, że jej  najbliższa rodzina pragnie się jej pozbyć z domu. Dodatkowo Jurij zaczynają odpadać na skutek rozkładu poszczególne części ciała. Dziewczyna osaczona i samotna szuka odludnego miejsca, w którym mogłaby się ukryć.   
Dead Girl Walking jest drugą z kolei częścią znanej japońskiej serii Hideshi Hino's Theater of Horror, która w całości składa się z sześciu odcinków.

czwartek, 4 października 2018

Kuchisake-onna (aka Carved/Slit-Mouthed Woman/Kobieta o rozciętych ustach); Japonia

    Każdy szanujący się fan azjatyckiej grozy (w tym japońskiej) zna zapewne japońską legendę o przerażającym żeńskim duchu z rozciętymi ustami, tzw. Kuchisake onna. Jak mówi legenda - kobietę okaleczył zazdrosny mąż, który też w ostateczności ją zabił. Od tego właśnie czasu, jej zawistny duch wciąż nawiedza najróżniejsze zakątki Japonii. Najczęściej duch ten pojawia się w mgliste noce z maską chirurgiczną na twarzy, która przysłania jej makabrycznie okaleczone usta. Napotykanych przez siebie ludzi wciąż pyta: ,,Czy jestem piękna?''. Jeśli usłyszy ona odpowiedź negatywną - natychmiast zabija, jeżeli zaś osoba odpowie ,,tak'', kobieta ściąga maskę, ukazując swoje rozcięte usta i ponownie pyta: ,,A teraz?''. Po chwili chwyta w ręce nożyczki i równie potwornie okalecza swoją ofiarę, która umiera w męczarniach. Istnieje jednak sposób, aby nie paść ofiarą Kuchisake onna. Kiedy duch zada pytanie, należy odpowiedzieć neutralnie - ,,normalnie''. Wtedy też kobieta-upiór wpada w zadumę i ma się wówczas czas na ucieczkę. Można też samemu zadać pytanie duchowi o swoje piękno, wówczas zdziwiona zjawa odejdzie.
Legenda ta znana jest już od czasów epoki Edo, kiedy to Kuchisake przysłaniała twarz kimonem. 

wtorek, 2 października 2018

Sadako vs Kayako (aka Sadako kontra Kayako); Japonia

    Ponad dwumiesięczna intensywna jazda bez trzymanki w pracy spowodowała, że zaniedbałam swój ukochany gatunek filmowy, jakim jest horror. Z oglądaniem, to jeszcze nie było tak źle, bo czasem jakimś wieczorem wrzuciłam coś do swojego DVD, ale zazwyczaj kończyło się to zaśnięciem nawet nie wiem kiedy...
Postanowiłam jednak powiedzieć - dość! Jeżeli nie w tygodniu (bo nie zawsze mam na to siłę), to chociaż w weekend nadrobić zaległości filmowe, a co za tym idzie - na blogu rzecz jasna.
Tak też uczyniłam ostatnio, gdzie zabrałam się ochoczo na długo przeze mnie wyczekiwany horror Sadako vs Kayako w reżyserii Kôji Shiraishi, którego fanom j-horroru raczej przedstawiać nie trzeba.
Nie trzeba też nim być, aby wiedzieć, że ów horror połączył oto w sobie dwie kluczowe i kultowe już postacie japońskiej grozy filmowej. Po nieudanych crossoverach Freddy vs Jason (2003) czy Obcy vs Predator (2004), oczywistym było, że i do tego horroru będę nastawiona sceptycznie. W gronie znajomych omawialiśmy przyczyny, dla których takie połączenie miało powstać. Oczywiście zapewne chodziło o fakt, ażeby tchnąć odrobinę świeżości w te utarte już i nieco wyeksploatowane postacie japońskiego horroru. Prawdą jest jednak, że w tym wypadku udało się to w niewielkim stopniu.